Dziś trochę odskoczę od tematu rodzicielstwa – bo choć Sofia jest wspaniałym źródłem inspiracji, to nie samym wychowywaniem człowiek żyje! Chcę poruszyć inny aspekt mojego życia, który jest równie fascynujący, pełen wyzwań i, powiedzmy szczerze, czasem zakręcony – wielokulturowy związek z moim mężem, Erikiem.
Tak jak w przypadku wychowywania Sofii w naszej wielokulturowej rodzinie, bycie w związku z osobą z innego kraju, innej kultury, to prawdziwy rollercoaster doświadczeń. Nie da się tego zamknąć w jednej ramce, bo to, co wnosimy do związku – nasze wychowanie, tradycje, doświadczenia życiowe – wpływa na to, jak budujemy relację.
Komunikacja, czyli „Wiem, co myślisz… a jednak nie!”
Po 8 latach razem mogę powiedzieć jedno – najwięcej wyzwań to wciąż komunikacja. Nie chodzi tylko o język – choć na co dzień rozmawiamy po angielsku (ja mówię po polsku, Eric po hiszpańsku, więc nasz kompromis to angielski) – ale o całe emocjonalne zaplecze, które wpływa na to, jak rozumiemy siebie nawzajem.
Wiadomo, jak jest na początku związku. Serduszka, motylki, różowe okulary. Mózg jest dosłownie „naćpany” hormonami szczęścia, a my unosimy się na tej chemicznej chmurce miłości. Polecam zresztą książkę „Zakochany mózg i inne niezwykłe stany” – świetnie opisuje, co się dzieje w naszym ciele w takich momentach. Jednak po jakimś czasie euforia opada i zaczyna się codzienne życie. Dla nas, mniej więcej po roku, pojawiły się pierwsze zgrzyty komunikacyjne.
Nie będę opisywać szczegółowo każdej sytuacji, ale chodzi o to, że w wielokulturowych związkach trzeba uczyć się na nowo „czytać” drugą osobę. Nawet jeśli wydaje się, że wszystko rozumiesz, bo mówicie w tym samym języku – to jednak kultura, z której pochodzicie, często nadaje inne znaczenie słowom. Zaczęłam korzystać z pomocy terapeuty, aby zrozumieć, skąd biorą się nasze nieporozumienia.
„To tylko sukienka, kochanie”
Przykład z życia wzięty. Kiedy pytam Erica, „Czy wyglądam grubo w tej sukience?”, jego odpowiedź – „Lepiej wyglądasz w tej czerwonej” – może wywołać całą lawinę moich emocji. Gdy dodasz do tego moje niepewności, kompleksy i lęki, nagle z jego prostej odpowiedzi robi się cała epopeja. „Czyli myśli, że wyglądam grubo. Może nie podoba mu się, jak wyglądam. Może już mu się nie podobam wcale…”

W takich chwilach w grę wchodzą nie tylko słowa, ale też nasze wewnętrzne przekonania. To, jak postrzegamy siebie i jakie emocje przenosimy na partnera. To, czego się nauczyłam przez te lata, to słuchać, co tak naprawdę mówi Eric, a nie co ja sobie interpretuję. I właśnie o to chodzi – aby nauczyć się oddzielać rzeczywisty komunikat od naszych własnych lęków i interpretacji.
Sztuka słuchania (i mówienia w odpowiednim momencie)
To, co zaczęło działać w naszym związku, to przede wszystkim praca nad sobą. Kiedy czuję, że coś mnie zabolało, nie wybucham od razu. Mówię Ericowi: „Hej, jestem teraz pełna emocji i potrzebuję czasu, żeby zobaczyć, dlaczego mnie to dotknęło”. Czasem potrzebuję kilku godzin, czasem dnia, ale wracam do rozmowy wtedy, kiedy jestem gotowa mówić szczerze o tym, co czuję, bez złości i zbędnych dramatów.
Czy zawsze mi to wychodzi? Oczywiście, że nie! Ale zapisuję sobie te momenty, kiedy emocje wzięły górę i zamiast rozmawiać, płakałam lub zamykałam się w sobie. Każda taka sytuacja jest dla mnie lekcją.
To działa! Ale wymaga pracy
To naprawdę działa, ale nie jest łatwe. Nic nie zmienia się z dnia na dzień, szczególnie jeśli, jak ja, wynieśliście z domu pewne deficyty emocjonalne. Ważne, żeby mieć obok siebie kogoś, kto potrafi zrozumieć, być cierpliwy i wspierać – tak jak Eric. On też ma swoje potknięcia, jak każdy, ale nie obciąża mnie swoimi problemami, co daje nam solidną podstawę do budowania zdrowego związku.
To tak w telegraficznym skrócie. Jeśli coś z tego brzmi znajomo, to wiedzcie, że nie jesteście sami!
📚 Polecam: „Zakochany mózg i inne niezwykłe stany”
💬 #WielokulturowyZwiązek #Komunikacja #Relacje #Miłość








Leave a comment